Dlaczego zdecydował się Pan na pomoc dietetyka?

Prawdę mówiąc nie było jednego, konkretnego powodu, który mógłbym wskazać, jako ten dominujący. Na pewno miałem przeświadczenie, że osiągnąłem „masę krytyczną” – kiedy tydzień przed wizytą wszedłem na wagę i zobaczyłem wynik to naprawdę poczułem się kiepsko.
Drugim, niewątpliwie ważnym powodem było moje zdrowie – nie mówię, że było jakoś nie wiadomo jak tragicznie, ale krótki bieg do autobusu skutkujący długotrwałym łapaniem oddechu nie wróżył dobrze na przyszłość.
Do tego dochodziły też pewne względy osobiste, na czele z moim samopoczuciem, które – delikatnie mówiąc – nie było najlepsze, kiedy patrzyłem w lustro, albo słyszałem komentarze na swój temat.
W każdym razie wszystko razem złożyło się na decyzję, żeby w tym konkretnym momencie swojego życia zadzwonić do Pani Ani.

Musiałem coś ze sobą zrobić w każdym znaczeniu tego stwierdzenia.

Czy wcześniej próbował Pan sam walczyć z namiarem kilogramów?

Tak, na drugim roku studiów (przy niewiele mniejszej wadze początkowej) przeszedłem na dosyć ostrą dietę – początkowe założenia były takie jak w diecie Dukana, ale ze względu na paskudne samopoczucie musiałem ją zmodyfikować już w trzecim tygodniu. Było mniej restrykcyjne, ale dalszym ciągu ograniczałem cukier – słodycze, napoje gazowane, etc. i udało mi się przez okres około ośmiu miesięcy schudnąć 25 kg.

Niestety, wszystko to po porzuceniu diety do mnie wróciło i to z nadmiarem.

Co Pana zdaniem jest najważniejsze podczas pracy nad zmianą nawyków żywieniowych?

Moim zdaniem wcale nie sama silna wola, czy skupienie się na celu, ale bardziej prozaiczne i – nie ujmując wyżej wymienionym środkom motywacji – trudniejsze, zwyczajne zaakceptowanie, że w taki i taki sposób będzie teraz wyglądało moje życie.
Najlepiej uderzyć się tym od razu, porządnie, uciąć złe nawyki z dnia na dzień. terapia szokowa ma to do siebie, że owszem, jest boleśniejsza, ale rzeczywiście przynosi efekty. Wymaga po prostu parcia naprzód, bez oglądania się za siebie i chodzenia na kompromisy – jem śniadania, jem mniej, nie jem słodyczy. W takich założeniach nie ma miejsca na dorabianie jakiejś ideologii.

Czy Pana zdaniem osoby otyłe są w Polsce dyskryminowane w jakiś sposób?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, głównie ze względu na to, że mój charakter pracy od zawsze wiązał się z siedzącym trybem pracy umysłowej, gdzie sylwetka, czy waga nie grają roli. Wydaje mi się też, że mężczyźnie trochę łatwiej podchodzić do takich spraw, ponieważ wobec niego istnieją mniej restrykcyjne wymagania w tym zakresie. Nie chodzi mi jednak w żadnym wypadku o twierdzenie, że ten problem w Polsce nie występuje (zarówno jeśli chodzi o dyskryminację otyłych mężczyzn, jak i dyskryminację osób otyłych w ogóle), po prostu ja miałem tyle szczęścia w życiu, że się z tym nie spotkałem.

Innym problemem jest oczywiście powszechny w naszych kraju sposób zachowania wobec osób otyłych – większość ludzi, zupełnie naturalnie, najpierw ocenia wygląd, a dopiero potem, ewentualnie, cechy charakteru, czy predyspozycje intelektualne. Widok osoby otyłej dla wielu osób sprowadza się do szeregu niezbyt pozytywnych skojarzeń, najczęściej krzywdzących i niesprawiedliwych. Zaczyna się od przypinania łatek, ale nie można zapominać, że często dochodzą do tego wszelkiej maści wyzwiska i szykany – najłatwiej przecież wyśmiać to, co widać gołym okiem.

Tutaj już mogę powiedzieć z własnego doświadczenia, że są one wyjątkowo bolesne i w ogromnym stopniu rzutują na samoocenę i poczucie własnej wartości, zwłaszcza w dzieciństwie.

Jak Pan myśli, z jakiego powodu osobom z otyłością tak trudno jest skutecznie wygrać chorobą?

Myślę, że to jest dosyć skomplikowany mechanizm, który postaram się wyjaśnić najkrócej, jak to możliwe. Mobilizacja do działania wcale nie jest zadaniem prostym, ogranicza je bowiem zarówno brak wiary we własne siły, brak chęci spróbowania potęgowany wspomnianym już zaburzonym poczuciem własnej wartości, często trwanie w przekonaniu, że taki już jestem i nic tego nie zmieni, albo – co gorsze – uwierzenie w te wszystkie, nieprzychylne komentarze, które się słyszało na swój temat. Żeby jednak nie popadać w przesadną ckliwość, warto dodać, że podlane jest to też nierzadko sosem z własnego lenistwa i oporem przed dokonaniem jakiejś zmiany (które może mieć oczywiście źródło w strachu, albo zwykłej, ludzkiej przekorności).

Do tego, już po decyzji o podjęciu walki z otyłością, nie mamy gwarancji, że nam się ona powiedzie w takim stopniu, jak byśmy chcieli. Piękne są słowa o tym, że nie można przejmować się niepowodzeniami, ale kto w nie uwierzy, kiedy po dwóch tygodniach wyrzeczeń widzi wzrost na wadze? Nie, niepowodzeniami trzeba się przejmować, ale w taki sposób, by zmusić się do jeszcze cięższej pracy. Nie można się poddawać i oglądać wstecz. Patrzenie za siebie i wzdychanie do tego, co było, jest najgorszym czynnikiem rozbijającym funkcjonowanie w nowej, cięższej rzeczywistości. Zwłaszcza żywieniowej.

Co najbardziej cenił Pan podczas współpracy z dietetykiem ?

Nie wiem, czy to będzie odpowiedź na tak sformułowane pytanie, ale mogę powiedzieć, co najbardziej ceniłem we współpracy z Panią Anią. Przede wszystkim, na sam początek, otwartość i pozytywne nastawienie. Bez tego, w ogóle nie byłoby chyba rozmowy. To Pani Ania przekonała mnie, że dla każdego jest nadzieja, żeby schudnąć. Do tego dochodzi wrodzony optymizm i dobre serce – Pani Ania wysłuchuje wszystkich historii ze zrozumieniem i nawet jeśli coś jej się nie podoba i zwraca uwagę, to robi to na tyle umiejętnie, że człowiek ani przez chwilę nie traci ducha. Bardzo szanuję także to, że ani przez moment nie „owijała niczego w bawełnę” – mówiła mi, że schudnę, jeżeli będę stosował się do zaleceń. Nie zostawiła pola na jakąkolwiek interpretację, czy dorabianie drugiego dna, to był klarowny przekaz, który zadziałał.
I, co ważne, kiedy coś szło nie tak, bez pudła wiedziała, co trzeba skorygować!

Jeśli wszyscy Państwa dietetycy mają chociaż połowę Jej wyczucia – tak, zawodowego, jak i nie mniej ważnego, czysto ludzkiego – no to nie pozostaje mi nic innego, jak po raz kolejny zachęcić wszystkich niezdecydowanych do wykręcenia numeru. Warto.

Przed kuracją:

 

Po kuracji:

Leave a comment